Minimalizm w życiu zawodowym, prywatnym i finansowym

Minimalizm w życiu - jak sprostać nadmiarowi spraw?

Na pewno znacie to uczucie presji czasu. Nieważne, czy chodzi o pracę, obowiązki domowe, zarządzanie finansami. A jak już czujecie presję czasu, to wtedy to już z górki. Nie dla Was oczywiście, tylko dla realizacji wszystkich niekorzystnych zdarzeń – wszystko w zgodzie z prawem Murphy’ego, albo, jak kto woli, z przysłowiem “gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy”. Parę razy nie zrobimy zadania na czas i sięgamy po książki zatytułowane w stylu “Jak zwiększyć swoją efektywność o 1000%”, “Jak nie dać się Karōshi” lub “Śpij 4h na dobę i czuj się wypoczęty”. A może zamiast zwiększać swoją produktywność, która i tak już jest na granicach wytrzymałości, warto ograniczyć liczbę zadań? Po prostu zastosować taki życiowy minimalizm.

„Ja nie chcę mało! Ja chcę dużo, a może nawet jeszcze więcej! Teraz!”

Czy na pewno chcecie dużo? Zanim bez zastanowienia udzielicie odpowiedzi twierdzącej, to zastanówcie się, ile razy w ciągu ostatniego tygodnia zgodziliście się zrobić coś, na co wcale nie mieliście ochoty. Zrobiliście, bo tak trzeba, bo ktoś Was o to poprosił, bo nie chcecie, żeby się później na Was krzywo patrzyli.

“No, ale czekaj, nie to miałem na myśli! Ja nie chcę więcej obowiązków, ja chcę więcej przyjemności, pieniędzy, wolnego czasu!”. To świetnie, chyba wszyscy byśmy tak chcieli. Ale przestańcie się łudzić, że wypruwanie sobie żył do późnych godzin w pracy, codzienne sprzątanie 100 m^2 mieszkania i regularne wypady do opery ze znajomymi, których nie lubicie, ale którzy “mają kontakty”, zbliży Was do tego celu.

Jeśli chcecie czegoś więcej, to ludzki, życiowy minimalizm Wam pewnie tego nie da. To, co może Wam dać, to poczucie, że mniej znaczy lepiej. Bez ciągłego urwania głowy, bez zadyszki i zawału w wieku 40 lat.

„Ja nie chcę dużo – mi wystarczy…”, czyli minimalizm jako szacunek do swojego czasu

Szanuj swój czas i naucz się mówić "NIE"!Jeśli natomiast wobec życia nie jesteś wymagający (pewnie Ci się tylko tak wydaje, ale OK, załóżmy, że Ci wierzę), to i tak istnieje duża szansa, że postępujesz podobnie jak Ci, którzy chcą mieć dużo. No przynajmniej w kontekście natłoku codziennych spraw – czy to zawodowych, czy prywatnych. Chodzisz na wszystkie spotkania w pracy, nigdy nie odmawiasz kolegom, chcesz być najlepszy we wszystkim – generalnie dążysz do tego, żeby swój czas rozdysponować na jak najwiekszą liczbę czynności.

Musisz natomiast wiedzieć, że koniec końców nie jesteś w stanie uszczęśliwić wszystkich. A jeśli będziesz próbował, to najprawdopodobniej Ci się to nie uda i… unieszczęśliwisz siebie samego.

Dlaczego ciągle chcemy więcej i nigdy nie jest nam mało?

Odpowiedzi na to pytanie najlepiej udziela Greg McKeown w swojej książce “Esencjalista”. Wyszczególnia on trzy powody, dla których ciągle poszukujemy nowych doznań, chcemy posiadać coraz więcej i ciągle łapiemy kilka srok za ogon – zazwyczaj bezskutecznie.

1. Mamy zbyt duży wybór

Zbyt duży wybór jest gorszy od małego wyboru!Na pewno wiele razy słyszeliście już, że jeśli mamy zbyt duży wybór, to o wiele ciężej się na cokolwiek zdecydować. Ba, nawet my pisaliśmy o tym w naszym artykule o sposobach manipulacji wykorzystywanych przez sklepy. Zresztą nie trzeba przeprowadzać badań socjologicznych, by wiedzieć, że tak właśnie jest. To się czuje podświadomie albo po prostu widzi się obracające wskazówki zegara i nas tkwiących w decyzyjnym rozkroku. Jakby tego było mało, wraz ze wzrostem dostępnych opcji nie tylko wybór jest cięższy, ale jego ostateczny rezultat po prostu mniej nas satysfakcjonuje!

No ale nie ma się co dziwić! Liczba decyzji podejmowanych przez człowieka pierwotnego w całym jego życiu była porównywalna do tych, które my podejmujemy w ciągu raptem paru godzin! On natomiast, kiedy już musiał dokonać jakiegoś wyboru, robił to zero jedynkowo. Najczęściej decyzje sprowadzały się do: „zjeść, czy nie zjeść?”

Dziś wygląda to raczej tak: “Czego by się tu napić – herbaty, kawki, soku, wody? No niech będzie herbatka.” No i znów stoimy przed wyborem pomiędzy 10 rodzajami herbaty. A później jeszcze trzeba wybrać w jakim kubku. Potem czy posłodzić czy nie. No, a jak już zrobicie tę herbatę, to okazuje się, że w sumie to Wam się w ogóle pić nie chciało.

A ostatnie 2000 lat? Faktyczny wybór to miało może 1% najlepiej sytuowanego społeczeństwa. Teraz każdy ma po stokroć większy wybór, a jak trafisz na listę Forbesa najbogatszych na świecie, to albo ześwirujesz albo, tak jak Warren Buffet, będziesz nadal wiódł proste życie pijąc kolę, nie myśląc o ogromie dostępnych dla Ciebie opcji.

2. Presja społeczna

Jakby z tym wyborem było mało, to jeszcze ciśnie nas społeczeństwo. To już nie tylko to, że babcia Ci mówi, żebyś kupił sobie od razu większy samochód, bo zaraz Ci się rodzina na pewno powiększy, chociaż Ty nawet nie masz jeszcze dziewczyny. To ciągłe bombardowanie treściami spoza najbliższego kręgu rodziny i znajomych, które mówią (a raczej wmawiają) Ci jak masz żyć.

No i weź, spróbuj teraz się sprzeciwić tym kanonom perfekcyjnego życia, które codziennie przewijasz na instagramie. A żeby zazdrość Cię nie zjadła, to na fejsbuku znajdziesz pocieszenie wśród “znajomych” – “Patrz jak ta Mariola przytyła. A Stefan to 2 tygodnie “wypoczywał” w Mikołajkach. Heh, biedak!”.

Ocena ludzi wpływa na nasze decyzje - najczęściej źle na tym wychodzimyPowiedzmy sobie szczerze – nie jest łatwo przeciwstawić się temu, co narzucają nam globalne wzorce. Pewnie, tak jak ja, się z nich śmiejecie: “Boże, kto chciałby pomykać przez miasto w plastikowych, przezroczystych butach na obcasie! To musi być strasznie niewygodne!”, a potem widzicie wyśmiewane trendy na ulicy czy wśród znajomych i ostatecznie przyznajecie: “No, w sumie to to nie wygląda tak źle! Może sama sobie takie sprezentuję.”

Całość nie ogranicza się oczywiście jedynie do wyglądu i posiadania. To również wyznawane poglądy, idee, wzorce. I znów wracamy do punktu wyjścia – kolejne możliwości, kolejny wybór, znów chcemy zrobić więcej niż mamy na to czasu i siły.

Jeśli koniecznie musisz kogoś za to obwinić, to zrzuć wszystko na globalizację i Internet. To przecież właśnie dzięki nim mamy teraz dostęp do informacji i, przede wszystkim, opinii ludzi z całego świata. Ale teraz jest już za późno, żeby to cofnąć i trzeba przyjąć jakąś strategię obronną ;).

3. Hasło “możesz mieć wszystko”

Znowu, na niemal każdej płaszczyźnie życia jesteśmy karmieni wizją niezniszczalności, nadmiernej ambicji i predestynacji do osiągnięcia sukcesu. Wystarczy odwiedzić hashtagi #motywacja, by się przekonać, jak 99% trenerów rozwoju osobistego i mówców motywacyjnych próbuje sprzedać ciągle tę samą bajkę. Bajkę, w której każdy jest wybrańcem i wystarczy, że weźmie czerwoną pigułkę, żeby wyrwać się z tłumu szaraków i “zfokusuje” się na sukcesie.

Bzdura. Nie każdy może być jednostką wybitną. Nie każdy powinien nią być. Jeśli zostanie nią nie jest w zgodzie z Tobą, to nieważne, że w pracy oczekuje się od Ciebie, że będziesz najlepszy, a instagram Ci powie, że masz mieć wyrzeźbione ciało.

Zresztą cała ta potrzeba sukcesu, bycia najlepszym, podziwianym – generalnie cała idea wyrwania się z bycia jednym z wielu – jest już dobrze znana w konsumpcyjnym świecie. Tak jak towary na półkach chcemy się bowiem wyróżnić i wybić ponad inne, by zostać wybranym do konsumpcji.

Mit doskonałości, że można mieć wszystko w połączeniu z nieograniczonym wyborem (patrz punkt 1.) i rosnącymi oczekiwaniami z zewnątrz (patrz punkt 2.) jest wyjątkowo krzywdzący. Ponownie zmusza on nas do tego, by wypruwać sobie flaki w pościgu za ideałem. Ale nie takim, który my sobie wymarzyliśmy, lecz takim, który nam się narzuciło.

Podoba Ci się nasz artykuł?

Spokojnie, ten wpis pozostanie darmowy, ale jeśli chciałbyś przeczytać więcej artykułów takich jak ten, to zapisz się na naszego newslettera – zero spamu!

 

Czy istnieje rozwiązanie?

Rozwiązanie nie jest proste i nikt nie poda go na tacyTutaj na pomoc przychodzi wspominany już życiowy minimalizm lub w myśl McKeowna “esencjalizm”. Nie chodzi tu wcale o to, by rozpocząć ascetyczny tryb życia, mieć dwie koszule na przebranie i kupować tylko nieopakowane rzeczy w stylu zero-waste. Bardziej mam na myśli mądry wybór tego, na co chcemy poświęcić naszą energię.

Rozglądnijcie się wokół siebie i zastanówcie się jak wiele rzeczy, które Was otacza, są Wam rzeczywiście potrzebne. Otwórzcie szafę z ubraniami i na pewno zlokalizujecie w niej rzeczy, w których nie chodzicie od 4 sezonów. “Nie było dobrej okazji, żeby ją założyć, ale to jest naprawdę świetna sukienka!”. Słuchaj, nigdy nie będzie dobrej okazji. No chyba, że planujesz się w nią ubrać za 40 lat, gdy “sylwestra w stylu PRL” zastąpi “sylwester w stylu #instaGirl”.

Jak się można domyślić, nie chodzi tylko o rzeczy materialne. Chodzi też o to, by zidentyfikować to, co jest niepotrzebne w naszej codziennej agendzie. Spójrzcie na swój kalendarz i na pewno zobaczycie mnóstwo takich punktów. Spotkanie w pracy, na którym i tak nie będziesz się odzywać. Ogólna zasada minimalizmu spotkań brzmiałaby zatem: “to, że jesteś zaproszony nie oznacza, że musisz być obecny”.

No dobra, to powiedzmy, że udało się już zidentyfikować to, co jest zbędne. Rzeczy w szafie, spotkania w pracy, zajęcia w domu i inne sprawy, na które marnujecie swój czas wolny. To teraz najtrudniejszy krok – ich likwidacja. Zawsze będziesz znajdywać jakieś przeszkody: a bo to może Ci się jeszcze przydać, a bo poczekasz aż dostaniesz wymarzony awans, a bo coś tam, coś tam. Tutaj kluczem do sukcesu jest konsekwencja. Jeśli czujesz, że coś jest nieistotne, że coś niczym Dementor wysysa z Ciebie cenną energię – wyeliminuj to ze swojego życia.

Z pracy wywalą, z domu wyrzucą…

Jeśli mimo świadomości, że marnujesz swój czas i energię na niepotrzebne rzeczy dalej to robisz, bo obawiasz się co powiedzą inni, to… całkiem słusznie. Twoje pierwsze odmowy pomocy kolegom z pracy, odrzucenie zaproszeń, rezygnacja z zakupu niepotrzebnych gadżetów czy kolejnych ubrań może początkowo wywołać niemałe zdziwienie w Twoim środowisku. Ale jeśli poświęcisz się wąskiej grupie rzeczy, która jest naprawdę ważna i właściwie spożytkujesz swoją dodatkową energię, to możesz spać spokojnie – “lepiej zrobić mniej, ale zrobić to dobrze”.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tym, jak przestać marnować swoją energię na tysiące niepotrzebnych zadań, to zapraszam do lektury “Esencjalisty”. Książkę polecam zresztą również tym z Was, którzy ciągle pozostają nieprzekonani i wierzą w mit człowieka sukcesu, który przez 12h daje z siebie wszystko w pracy, później idzie na siłkę, by na końcu zająć się dziećmi i ogarnąć dom – powodzenia.

Na koniec zapraszam Was do komentowania i udostępniania artykułu znajomym – z pewnością znacie niejednego pracoholika, któremu przydałaby się zmiana dotychczasowej filozofii życia. 😉

6 KOMENTARZE

  1. Kiedyś nie było z tym problemu, bo ludzie cieszyli się z tego co mieli. Teraz wszystkiego jest dookoła pełno i czasami człowiek dostaje depresji że inni mają, a on nie. Trochę to smutne, no ale w takich czasach przyszło nam żyć. Pewnie łatwiej byłoby przeprowadzić się do jakiejś małej chatki w głębi jakiejś puszczy i nie zwracać po prostu uwagi na otoczenie 😉

    • Maciej, z tą chatką to akurat niektórzy rzeczywiście tak robią. 😉 Ale nie zawsze trzeba rzucać pracę w korporacji i poświęcać się wypasowi owiec czy uprawie winorośli – z reguły wystarczy trochę uporządkować swoje sprawy i od razu człowiekowi lżej! 🙂

  2. Wydaje mi się, że teraz jest swoista moda na minimalizm – szczególnie wśród ludzi 30-40 letnich. Młodsi też zaczynają przekonywać się do tego trendu. Wielu moich znajomych kupuje małe 2-pokojowe mieszkania, gdy jeszcze kilka lat wcześniej deklarowali chęć budowy ogromnego domu.

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie 🙂

    • Rzeczywiście, minimalizm wydaje się być ostatnimi czasy „w modzie”. Z drugiej jednak strony odnoszę wrażenie, że w wielu przypadkach jest to moda ograniczona do jednej/dwóch sfer życia, którymi można się pochwalić przed innymi, a nie rzeczywistego porządkowania naszego poletka, którego większość jest ukryta przed innymi.
      Bo i social media już nas wtedy tak nie pociągają. Skoro według prawdziwej idei minimalizmu nie chcemy dokładać sobie niepotrzebnych zadań, to i nie czujemy potrzeby, by sprzedawać swoje „perfekcyjne życie” na instagramie bądź fejsbuku. 😉

    • Antonina, trzeba z tym niestety walczyć! My też mamy z tym problem, ale od czasu do czasu robimy „generalny porządek” i dużo rzeczy po prostu się pozbywamy. Z drugiej strony pamiętaj, że łatwiej jest mimo wszystko zapobiegać niż leczyć, dlatego my każdy zakup staramy się przemyśleć dwa razy – działa jak dotąd całkiem nieźle 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Dodaj swój komentarz!
Wprowadź imię